Czy Magic: the Gathering umiera?

Tomasz Sodomirski 14.05.2021 0 komentarzy

Jeśli czytasz ten artykuł, to musisz wiedzieć o tym ogłoszeniu od Wizardów, w którym ogłaszają koniec supportu dla Magic Pro League (MPL) i Rivals League. Informacja ta skłoniła mnie do głębszych przemyśleń na temat tego czym było, jest i być może będzie dla mnie Magic: the Gathering. 

Czym jest dla mnie Magic?

Medżik był obecny w moim życiu od szóstej klasy podstawówki. Miałem dwanaście lat i nie wiedzieć czemu, zafascynowała mnie banda nerdów siedząca na półpiętrze Empiku Megastore Junior. Nic z tego nie rozumiałem, sami gracze byli ponurzy i niemili dla młodszych i niedoświadczonych adeptów. A sama gra była skomplikowana, a na dodatek droga. Za moje ostatnie zaskórniaki kupiłem sobie jakąś losową talię opartą na elfach, ale ta szybko wylądowała na półce, bo nie miałem z kim grać. Koledzy z podstawówki woleli zabawy na podwórku, a w Empiku bałem się podejść i zagadać do nerdów. Do mojego hobby powróciłem w gimnazjum, kiedy okazało się, że wielu moich kolegów miało ten sam problem co ja: mieliśmy karty, ale nie było z kim grać. Wiele godzin spędzaliśmy w szkolnej bibliotece, wiele dziwnych akcji działo się na stole. Splice into Arcane, który sam z siebie wracał do ręki. Duress, który niszczył karty na stole, jeśli przeciwnik nie miał nic na ręce. Karoo landy, które zagrane w pierwszej turze nie wracały do ręki, bo przecież nie było innego landa do cofnięcia… Wspaniały czas, nie zapomnę go nigdy. Niestety pod koniec trzeciej klasy gimnazjum jeden znajomy okazal się być power gamerem, zaczął uczęszczać do lokalnego sklepu i złożył talię, z którą nasze nie mogły sie równać. I tak zaczął się wyścig zbrojeń. Kupowanie kart, czytanie artykułów, w końcu granie on-line na Wizardzie (symulator gry w MtG dla dinozaurów) i szperanie na K20, a potem MTGNews.pl. Prawdziwym skokiem okazało się rozpoczęcie inicjatywy pt.: ‘Legacy Mobilizacja’.

Dinozaury tamtych czasów (obecnie skamieliny) pożyczały decki do legacy tym, którzy chcieli przyjść pograć. Organizowali również turnieje. Z tego miejsca pozdrawiam Fatala, Berłosia, Paska, Rava, Struza i innych – byliście naszym wzorem do naśladowania. A gdy już liznąłem czym jest kompetytywne MtG, to potem siłą rozpędu zaczęło się granie standardu, moderna, a nawet limited. Relacje z Grand Prix to było prawdziwe święto Magica, niezależnie od granego formatu. W końcu sam ruszyłem na moje pierwsze europejskie Grand Prix (Praga 2014), a potem kolejne i jeszcze następne. Zagrałem łącznie na szesnastu, do tego mnóstwo polskich PTQ, WMCQ, a nawet udało mi sie wystąpić na dwóch tradycyjnych Pro Tourach i jednym Players Tour Arena, gdzie ugrałem Top 8, moje jak dotychcas największe osiągnięcie w MtG.

Kompetytywny Medżik od wielu lat był obecny w moim życiu. Ba, nawet nie znam życia, gdzie nie ma sprawdzania decklist z ostatnich turniejów, czy tego, jakie fajne karty wychodzą w nowym dodatku. Zaczynałem jako hobbysta, potem jako aspirujący pro gracz, a od kilku lat jest to mój sposób na życie. Teraz czytając najnowszego niusa od Wizardów rozumiem, że pewna era się skończyła. A jednak ostatnie decyzje Wizardów mnie zbytnio nie ruszyły. Nie czuję, że mają dla mnie jakieś większe znaczenie. Dlaczego?

Czas MPL był policzony

Od wielu lat obserwuję zmiany w kompetytywnym MTG. I odkąd pamiętam, to gracze narzekali. A to na za niskie nagrody, a to na zły rozkład czasowy turniejów. Na złe formaty do grania. Na bany. Na brak banów. Na drastyczne ścięcie Grand Prix z profesjonalnym coverage (tak, drodzy czytelnicy, kiedyś większość turniejó Grand Prix była ze streamem i profesjonalnym komenatarzem), a w końcu na zmiany w strukturze gry profesjonalnej. A jednak mimo wszystko całe rzesze graczy jeździły na Grand Prix i inne przeróżne qualifiery. Dlaczego? Z dwóch powodów. Po pierwsze, bo tlił się w nich płomień rywalizacji. A po drugie, bo zawsze z tyłu głowy było to marzenie, że gdzieś tam w oddali, prawie że w zasięgu ręki, jest Święty Graal dla aspierującego pro – zaproszenie na pierwszego w życiu Pro Toura. Rywalizacja i tak zwany „the dream” przyciągały ludzi do sceny kompetytywnej. Droga do statusu profesjonalisty była klarowna. Określona liczba pro pointów dawała określone bonusy. I nawet jeśli szansa na powodzenie była niewielka, to coś ciągnęło cię na kolejny duży event. Albo przynajmniej potrzeba samodoskonalenia zachęcała cię do odpalenia kolejnej gry na MTGO i zmiany planów w piątek tak, żeby pójść do lokalnego sklepu, aby zagrać kolejny turniej.

Wizardzi po latach próśb postanowili zmienić stary system oparty na pro pointach i zastępili go profesjonalnymi ligami esportowymi. Najpierw była MPL, a potem dołączyła do niej Rivals league. Nawet jeśli WotC mieli dobre chęci, to słaba oglądalność i mały internetowy zasięg rozgrywek szybko pokazały, że zmienili coś, co działa średnio, na coś, co nie działa w ogóle. Koronawirus oczywiście nie ułatwiał prowadzenia turniejów, chociaż niektórzy mówili, że to był złoty czas dla Areny, który nie był odpowiednio wykorzystany. Ale to błędy w strukturze ligi, brak profesjonalnej obsługi streamu i nudne formaty były głównymi przeszkodami dla rozwoju tej inicjatywy. Dlatego zupełnie nie dziwi mnie to, że Wizardzi wycofują się z MPL i Rivalsów. Lepiej jest przyznać się do błędu, niż z uporem maniaka brnąć pod prąd. Bardziej zastanawiający jest dla mnie brak informacji co zostanie zaoferowane graczom w zamian. Co prawda dostaliśmy informacje o powrocie do dużych tradycyjnych eventów w stylu GP, czy Pro Tour, ale po pierwsze nadal przeszkadza w tym pandemia koronawirusa, a po drugie (przynajmniej na razie) nie widać czegoś, co by spinało różne turnieje MtG w jeden program gry kompetytywnej. Co prawda można znaleźć pewne sygnały, jak będzie wyglądać Pro Play w najbliszych latach. Oto tweet, który może nam wiele powiedzieć:

Co dalej?

W dużym skrócie: duże turnieje? Tak. Złożony system, który umożliwiałby bycie zawodowym graczem? Raczej nie. Dalej jest mnóstwo niewiadomych. Jakie turnieje będą rozgrywane? Jak często? Czy zwiększona zostanie pula nagród? Czy zaproponowane zostanie cokolwiek dla graczy rywalizujących na niżym, lokalnym poziomie? Itp itd. Wiadomo tyle co nic i nie pozostaje nam nic innego, jak czekać na dalszy rozwój wypadków.

Rozmyślając o przyszłości MTG przychodzą mi na myśl słowa Jacka Korpikiewicza: “psy szczekają, a karawana jedzie dalej”. Tyle razy słyszałem, że medżik umiera, że to koniec tej gry, że tym razem ludzie przestaną przychodzić na turnieje, że nie wiem, co by się musiało stać, aby faktycznie tak było. Gracze pobiadolą nad swoimi ulubionymi prosami (RIP Kaniki i Urlich), ponarzekają jak teraz jest niefajnie, a kiedyś to było git, a później pierwsze duże turnieje po pandemii będą wyprzedane w rekordowym tempie. Tak długo, jak będzie gdzie rywalizować, a pieniądze i rozgłos będą odpowiednie w stosunku do poświęconego czasu i kosztów, tak długo znajdą się chętni do gry. Rywalizacja i marzenie, tyle nam trzeba…

Zmiany w pro systemie nas nie dotyczą

Nie zapominajmy też, że przedstawione powyżej problemy odnoszą się do garstki graczy. Elitarnych, dedykujących mnóstwo swojego czasu i pieniędzy, będących twarzą i lokalnymi ambasadorami gry, ale jednak mimo wszystko – garstki graczy. Dla medżikowego zjadacza chleba zbyt wiele się nie zmieni. Niedługo otwierają LGSy. Ladder na Arenie czy ligi i czelendże na MTGO dalej umożliwiają rywalizację on-line. A commanderowcy i casuale nawet pewnie nie będą wiedzieć, że się cokolwiek zmieniło. Koniec końców, Magic: the Gathering to świetna gra, która przyciąga świetnych ludzi. I dla 99,6% grających (to dokładne obliczenia, musicie mi uwierzyć na słowo) to jest największa motywacja, by dalej pchać się w to nerdowskie bagno. Nie Pro Tour, nie to ile Paulo Vitor wygrał dolarów na Mistrzostwach Świata, tylko gra i ludzie zgromadzeni wokół niej. Jeśli zmiany nie są specjalnie ważne dla Sodka, lat 29, to czy którykolwiek z Sodków, który stąpał po ziemi, by się tym w ogóle przejął? Obecny skupia się na formacie, który i tak jest przez Wizardów traktowany po macoszemu. Ten, który pojechał na swoje pierwsze, piąte, czy dziesiąte Grand Prix, chciał tylko rywalizować z graczami z całej Europy oraz przeżyć wyjazdowe przygody z kumplami z LGSa. Sodek z liceum dalej pożyczałby deck do Legacy co sobotę, a ten z gimnazjum dalej grałby w bibliotece ze znajomymi.

Za długo przyjmuję Medżika dożylnie, żeby teraz przestać. Może pewnego dnia go odstawię, ale nie czuję, żeby ten czas już nastąpił. Jest jeszcze tyle turniejów do wygrania.

Twój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *