Relacja z Paprykarz Open #10

Jędrek Szmyd 03.09.2021 0 komentarzy

Halko!

W zeszły weekend odbyła się dziesiąta edycja wydarzenia z serii Paprykarz. Tym razem turniej tradycyjnie odbywający się w Szczecinie zawitał do Warszawy. Kiedy pojawiła się pierwsza informacja o evencie, od razu było jasne, że będzie to jedno z największych wydarzeń MtG zorganizowanych kiedykolwiek w Polsce, wyłączając GP i Mistrzostwa Polski. Z powodu pandemii brakuje okazji do przekręcania kolorowych kartoników. Nie ma większych turniejów od FNMów, choć wyjątkiem był dwudniowy event organizowany rok temu przez Magic Cafe.

© Tetiana Khotiaintseva

Gdy tylko pojawiła się okazja na spotkanie znajomych z całego kraju w klasycznej, nieco dusznej atmosferze naszej ulubionej gry, podobnie jak inni medżikowcy, szybko zaznaczyłem ostatni weekend sierpnia w kalendarzu i z niecierpliwością czekałem na wyjazd.

Piątek (27.08)

Cytując klasyka, “Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę”. W naszym przypadku poszukiwania tejże były tak udane, że nie zmieściliśmy się w jeden samochód, co zaowocowało dwoma oddzielnymi jednostkami wysłanymi do stolicy. Najpierw wyjechał patrol w składzie Kanister, Witas i Chomik. Mieli zweryfikować sytuację na miejscu, tak aby wieczorna grupa uderzeniowa, czyli Misiek, Marcin, Lila, Mulan (pies Marcina i Lili) i ja, wiedziała, w co się pakuje.

Prawdziwy powód tego podziału był dużo bardziej prozaiczny – moi współpasażerowie wychodzili z pracy około szesnastej i nie mogliśmy wyjechać wcześniej, a drugie auto chciało zagrać FNMa o osiemnastej.

© Tetiana Khotiaintseva

Podróż do Warszawy przebiegła bez większych przygód – około dwudziestej pierwszej odstawiliśmy Lilę do jej koleżanki, u której zostawała z Mulan na weekend, a sami skierowaliśmy się w stronę hotelu Sangate. Na miejscu spotkaliśmy się z resztą naszej poznańskiej ekipy oraz z warszawskimi kumplami, i po odstawieniu rzeczy do pokoju udaliśmy się na tradycyjną pomedżikową socjalizację.

Sobota (28.08)

Ponieważ sobotni turniej rozpoczynał się o godzinie 11:00, średniowczesna pobudka o 8:30 pozwoliła na komfortowe ogarnięcie się, śniadanie w hotelowej restauracji oraz spacer do lokalnego sklepu sygnowanego niegdyś logiem z zielonym płazem, a to wszystko z ponad trzydziestominutowym zapasem. Po załatwieniu wszystkich spraw organizacyjnych i usadowieniu się na miejscu z Grixis Lurrusem w gotowości bojowej dowiedziałem się, że w turnieju bierze udział ponad 90 osób, czyli wystarczająco na siedem rund granka. 

© Tetiana Khotiaintseva

Nie będę opisywał dokładnie każdeg meczu z dwóch powodów. Po pierwsze (i najważniejsze) nie uważam, żeby jest to dobry content, a po drugie nie prowadziłem podczas rozgrywki żadnych szczegółowych notatek, które umożliwiłyby mi teraz dokładne odtworzenie moich gier.

Dzień zacząłem od stosunkowo szybkiej wygranej z Amuletem i ekspresowej porażki z Affką. Nie ukrywam, że przegrana już w drugiej rundzie nie wróżyła dobrze moim szansom w turnieju, ale ekscytacja z powodu powrotu do papierowego grania była wystarczająca, aby moje morale pozostało niezachwiane, a ja mogłem się skupić na wygrywaniu kolejnych rund. Oczywiście nie wiedziałem tego w tamtym momencie, ale owa przegrana z Affinity była ostatnią, która spotkała mnie tego dnia. Pozostałe pięć rund to zwycięstwa kolejno z Amuletem, Tronem, Hammerem i Nosorożcami oraz intencjonalny remis zapewniający zarówno mi, jak i mojemu oponentowi, miejsce w finałowej ósemce.

W skład Top 8 weszły następujące konstrukcje: WB Reanimator, Mill, Belcher, Glimpse of Tomorrow (Najlepszy Cascade Deck™), Nosorożce, Hammer, Death and Taxes i mój Grixis. Na wejściu od razu dokonaliśmy splitu ticketów, które były do wydania na prize wallu lecz, po długich negocjacjach nie mogliśmy się dogadać na podział nagród rzeczowych, tak więc usiedliśmy do stołów i zaczęliśmy bój o planszówki.

W ćwierćfinale zagrałem najłatwiejszy mecz tego dnia, gdzie ogromny skill gap (czyli zczubienie Kolaghan’s Commanda przeciwko Goblin Charbelcherowi w stole) pomiędzy mną a moim redakcyjnym kolegą Sodkiem pozwolił mi na szybką dominację i bezproblemowy awans do półfinału.

© Tetiana Khotiaintseva

Po błyskawicznym pogromie na Sodku wiedziałem, że w kolejnym meczu czeka mnie bratobójczy pojedynek Poznaniaków. Mojego przeciwnika miało wyłonić starcie Marcina Krzyżaniaka grającego Glimpsem i Szymona Bieli pilotującego Milla. Ich mecz w przeciwieństwie do mojego zbliżonego do bye’a ćwierćfinałowego relaksu był niezwykle zacięty. Po trzech długich grach Bielski wyszedł zwycięsko z tego starcia tytanów.

© Tetiana Khotiaintseva

Podobnie do ćwierćfinału, poznański półfinał trzymał w napięciu do końca, lecz tym razem Bielski nie był w stanie pokonać drugiego sąsiada z rzędu – Grixis okazał się potężniejszym domem dla Lurrusa od Milla, a na mnie w finale czekał już Wojtek Radosz ze swoim Hammerem. Z powodu późnej godziny i pustych żołądków obaj byliśmy zainteresowani splitem, tak więc każdy wziął pod pachę jedną planszówkę, a poznańsko-warszawska ekipa udała się na drugi dzień socjalizacji, tym razem do poleconej przez Hawaja knajpy Der Elefant, którą po naszej wizycie również mogę z czystym sumieniem polecić.

Niedziela (29.08)

Główne wydarzenie weekendu, czyli Big Modern, startowało o 10:00, więc aby zachować moją poranną rutynę musiałem nastawić budzik na wcześniejszą godzinę. Tak samo jak w sobotę zdecydowałem się na procedurę prysznic – śniadanie – Żabka, i tak samo jak w sobotę, usiadłem do pierwszej rundy, dzierżąc tę samą siedemdziesiątkę piątkę którą dotarłem dzień wcześniej do finału.

 Już przed weekendem wiedzieliśmy, że na turniej zapisało się wystarczająco osób, by grać osiem rund, a ostateczna liczba graczy wyniosła 164, co oznaczało jeden z największych turniejów moderna w historii naszego kraju.

© Tetiana Khotiaintseva

Niedzielny turniej zacząłem tak, jak skończyłem sobotni – od meczu z kolegą z Poznania. Tym razem przyszło mi potykać się z Patrykiem „Gumboxem” Dobrzyńskim i to na feature matchu. Patryk grał UWR Murktidem i po podzieleniu się dwoma pierwszymi grami, w trzeciej partii złapała nas terminacja. Jak każdy doświadczony gracz wie, nieintencjonalny remis na tego typu wydarzeniach jest bardzo bliski porażce, więc żadnemu z nas nie uśmiechał się taki wynik meczu. Na szczęście dla mnie Gumbox bardzo szlachetnie uznał, że podda mi trzecią partię, ponieważ mam przewagę, a remis nikogo nie urządza i zrobi to, aby przynajmniej jeden z nas miał dobry start w turnieju. Był to bardzo hojny gest z gatunku takich, których się nie zapomina. Jeszcze raz serdecznie dziękuję Patrykowi, i będę miał to na uwadze, jeżeli jeszcze kiedyś znajdziemy się w takiej sytuacji!

Po pierwszym wyczerpującym meczu nie myślałem, że tego dnia wszystko pójdzie z górki tak jak w sobotę. Na szczęście, jakby to powiedział Radek Kotarski, nic bardziej mylnego. Otóż w niedzielnym turnieju udało mi się nie przegrać żadnej rundy w swissie!

© Tetiana Khotiaintseva

W drugiej rundzie trafiłem na Damiana Fikusa z Wrocławia pilotującego Trona, którego pokonałem z pomocą potężnego koczkodana oraz niebywałego szczęścia, następnie zremisowałem ze znanym mi już z soboty troniarzem, a później odnotowałem cztery zwycięstwa przeciwko kolejno UW kontroli z Chalice of the Void, Burnowi, Enchantressce i ponownie Nosorożcom, kierowanym drugi dzień z rzędu przez Grześka Bazgiera. Cztery wygrane pozwoliły mi na uściśnięcie ręki bez walki w ostatniej rundzie drugi dzień z rzędu i rundę odpoczynku przed zmaganiami w Top 8.

Nie udało nam się powtórzyć wyczynu z soboty, gdzie w finałowej ósemce znalazło się osiem różnych konstrukcji, lecz nadal panowała względna różnorodność – jedynym powtarzającym się archetypem był Grixis Lurrus, a cała topka prezentowała się następująco (w kolejności po swissie):

  1. Amulet,
  2. Tribal Zoo,
  3. Merfolki,
  4. Grixis Lurrus,
  5. Hammer,
  6. Grixis Lurrus,
  7. BW Stoneblade,
  8. UR Murktide.

Jako że zająłem czwarte miejsce po swissie, w ćwierćfinale mierzyłem się z piątym w standingach Piotrem Hajkowiczem grającym Hammerem. Po stosunkowo szybkiej przegranej przed sideboardem udało mi się wyjść zwycięsko z drugiej i trzeciej partii, a między mną i kozackim pucharem były już tylko dwa mecze.

Niestety klątwa Szmyda objawiła się również w tym turnieju – pomimo zachowania stuprocentowej skuteczności w dostawaniu się do Top 8, gdy turniej organizowany jest w hotelu Sangate, moja zeroprocentowa skuteczność w zdobywaniu trofeum pozostała po tym weekendzie niezmienna.

Michał Smółko i jego UR Murktide okazali się zbyt potężnym duetem dla Grixisa, co zostało podobnie udowodnione w finale, gdzie Michał pokonał Łukasza Pióro grającego moją listą Grixis Lurrusa. Serdecznie gratuluję Michałowi wygranej oraz liczę na to, że klątwa Szmyda zostanie przełamana przy kolejnej okazji.

Jak wygrywać w modernie?

Nie będę ukrywał, że miałem weekend konia – przez cały czas karta mi szła, a moi przeciwnicy często w kluczowych momentach mieli albo pecha, albo niewystarczające szczęście. Mimo to nie należy umniejszać zasługi Grixisa – jest to niezwykle potężny deck, który nie potrzebuje dużo szczęścia i świetnie wykorzystuje to, które otrzyma.

© Tetiana Khotiaintseva

W obecnym formacie wydzieliłbym trzy stopnie jakości talii, jeśli celem jest wygrywanie możliwie dużej ilości gier: A (dobre), B (sytuacyjnie dobre, ale nieco słabsze od dobrych) i C (pozostałe, lub jak to mówią miłośnicy LoLa, “Interka”).

Do grupy A zaliczam następujące decki: UR Murktide, RB/x Lurrus, Hammer, Nosorożce i Living End.

Do grupy B zaliczam głównie exploity na konkretne metagame, np. Burn, Tron czy Elementale, a także Glimpsa jako fundamentalnie złamany deck lecz mniej skuteczny od innych kaskad (chociaż bezsprzecznie najbardziej interestujący).

W grupie C lądują pozostałe decki, i uważam że granie czymkolwiek innym niż taliami z grup A bądź B (przy sprzyjających okolicznościach) mija się z celem jeżeli priorytetem ma być wygrywanko. 

Wiem, że łatwo być zadowolonym po weekendzie praktycznie samego wygrywania, ale prawda jest taka, że świetnie wspominałbym ten wyjazd nawet bez żadnego punktu na moim koncie. Turnieje turniejami, wygrane wygranymi, ale w medżikowych wycieczkach zawsze i tak najlepsze są wspólne chwile spędzone z ziomkami, których nie widuje się na co dzień.

Mam nadzieję, że sytuacja pandemiczna ustabilizuje się jak najszybciej i będziemy mieli okazję uczestniczyć w większej ilości podobnych eventów. Na zakończenie zostawiam Was z listą którą grałem na obu turniejach – talia jest, jak to mówią, petardą. Polecam wszystkim bardzo serdecznie.

Grixis Lurrus – Jędrek „TSPJendrek” Szmyd

Creature (8)
Ragavan, Nimble Pilferer
Snapcaster Mage

Sorcery (8)
Expressive Iteration
Inquisition of Kozilek
Thoughtseize

Instant (16)
Drown in the Loch
Lightning Bolt
Unholy Heat
Kolaghan’s Command
Terminate
Cling to Dust

Artifact (5)
Mishra’s Bauble
Engineered Explosives

Enchantment (2)
Spreading Seas
Lands (21)
Polluted Delta
Scalding Tarn
Darkslick Shores
Steam Vents
Swamp
Island
Blood Crypt
Mountain
Bloodstained Mire
Watery Grave
Blackcleave Cliffs
Spirebluff Canal

Sideboard (15)
Alpine Moon
Counterspell
Dress Down
Flusterstorm
Engineered Explosives
Nihil Spellbomb
Soul-Guide Lantern
Lurrus of the Dream-Den
Author avatar

Jędrek Szmyd

W MTG zaczął grać w drugiej klasie szkoły podstawowej, a jego pierwszym sankcjonowanych turniejem był Prerelease Shards of Alara. Do swoich największych magicowych sukcesów może zaliczyć top8 na GP Warszawa 2017 oraz 2 top8 na Mistrzostwach Polski - w 2017 oraz 2018 roku. W życiu pozakarcianym studiuje Finanse na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu i pracuje w swoim lokalnym sklepie z planszówkami. Oprócz MTG interesuje się także muzyką, League of Legends i koszykówką.

Twój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *