Share

Rozbiłem bank na MTG Arena Open

Paweł Bujanowicz18.05.2022Czas czytania: 8 minut(y)

Przed turniejem

To jak na mnie bardzo nietypowe, ale totalnie odpuściłem granie limited Streets of New Capenna na Magicu Online. Premiera dodatku miała miejsce tuż po weekendzie, w którym organizowaliśmy Mistrzostwa Polski w Krakowie, z których niemalże bezpośrednio leciałem na wakacje. Tydzień przed MP miałem bardzo zabiegany, bo oprócz organizacji MPków, na głowie miałem jeszcze napisanie, korektę i publikację analiz limited SNC, poza tym dopięcie wszystkiego w pracy przed wyjazdem i tonę innych prywatnych spraw, przez co czekałem na nowy dodatek w ogóle bez emocji. Ani trochę go nie śledziłem podczas spoiler seasonu. Zagrałem dwa prerelease’y w Krakowie i poleciałem pić Heinekeny w Pompano Beach.

Prerelease Streets of New Capenna odby się sześć dni przed premierą na MODO i na Arenie. W naszym apartamencie w Pompano Beach miałem dostęp do kompa, więc kusiło mnie, żeby pozarywać nocki na MODO i zarobić te sto, dwieście tixów, jak to bywa przy premierze każdego dodatku – bo na początku łatwo, bo karty drogie i dzięki temu można prosto uzbierać sobie zapas tixów, które można przewalić na kolejne drafty. Jednak mimo kuszącej sytuacji, uszanowałem swój i Gosi sleep schedule i postanowiłem nie grać na MODO w ogóle, żeby nie psuć sobie wyjazdu. Grałem jedynie drafty na Arenie na leżaczku przy basenie i czasami pojedyncze rundy, jeśli mieliśmy jakąś dłuższą jazdę w samochodzie.

Idealne warunki do grania nowego setu

Wyniki na Arenie miałem fatalne. Raptem jeden Traditional Draft na 3-0, a tak to szereg 2-1, na których po prostu przepalałem gemy i w kilka dni grania straciłem ich jakieś dziesięć tysięcy. Nie potrafiłem znaleźć edge’a nad innymi. Draftowałem 4C value decki – były okej, ale nie łamały formatu. Potem draftowałem aggro-tempo decki bez wydziwiania z maną, bo wydawało mi się, że to klucz do złamania formatu, ale zawsze przegrywałem w końcu do mass removalu albo do przegiętych erek, bo moje aggro nie było wystarczająco konsystentne, żeby sześć razy zabić oppa, zanim ten zacznie zagrywać swoje bomby. Wróciłem z wyjazdu.

Dzień po powrocie zacząłem grać na MODO. Ponieważ w pracy bardzo skutecznie przetransferowałem swoje obowiązki do innych, a po moim powrocie nie działo się za dużo, to znaczy ci “inni” dalej robili to, co ja przed wyjazdem, a ja miałem labę – mogłem grać praktycznie cały tydzień od rana do wieczora. Tydzień grania skończyłem z sześcioma pucharkami i olbrzymią nienawiścią do formatu limited Streets of New Capenna, bo ma on wiele wad i błędów w designie. Jeśli popatrzeć na ostatnie pieć formatów, to ten prawdopodobnie miałby czwarte miejsce i biłby się o ostatnie z Crimson Vow. Dzień przed Arena Open chyba nawet zacząłem go kumać i w końcu zrobiłem dwa pucharki back-to-back, grając strategią a’la Bogle lub Delver, czyli typek Illuminator Virtuoso w drugiej, ochrona tanią interakcją i potem kille w czwartej, piątej turze. Niestety, potem wydraftowałem ten deck trzeci raz, poszedłem nim 1-2, zrobiło mi się smutno i w końcu nastała sobota, w której zaczyna się Arena Open.

Arena Open Day One

W pierwszym runie o 15:00 otworzyłem… UWg Bogle jak z drafta. Z 5-0 zrobiłem 6-3 i bardzo się rozczarowałem, że nie mogę zapostować mojej listy na 7-0 na grupie The Limited of Poland na Facebooku, bo dzień wcześniej postowałem o tym, jak fajny jest to archetyp do łamania draftów Streets of New Capenna. Cały run zajął mi 1,5 h, więc szybko odpaliłem kolejny, licząc na to, że zrobię szybką kwalifikację i o 19 będę mógł wyjść na koncert Taco Hemingwaya, na który od dawna mieliśmy z Gosią bilety. Kolejny run (tym razem Bant z potężną Vivien) zakończył się wynikiem 5-3. Otworzyłem kolejny zestaw z Brokers Ascendancy a.k.a. Broken Ascendancy, zrobiłem nim 1-0 i poszedłem na koncert.

Bant w sealedzie na Day One

Po powrocie z koncertu Gosia zasnęła ze mną na kanapie w salonie, oglądając jak cisnę oppów do wyniku 5-0. Potem wygrałem jedną (6-0), przegrałem dwie (6-2 + kupa w gaciach) i skończyłem z wynikiem 7-2 o pierwszej w nocy. Żeby było śmiesznie, do drugiej robiliśmy jeszcze questy na koncie mojego przyjaciela, któremu brakowało 1000 golda z 25000 na jeden start. Umówiłem się z nim zresztą na podział 50/50, gdybym wygrał z nim hajs w day two. Otworzyłem z nim kolejny zestaw z Brokers Ascendancy, złożyliśmy deck i poszedłem spać.

Rano zrobiliśmy jego deckiem 5-3 i na koncie zabrakło golda i gemów, żeby spróbować jeszcze raz. Chciałem trochę poruszać się przed graniem, więc wyciągnąłem swoją partnęrkę z domu i pojechaliśmy odebrać karty do Maga Planszowego, zostawić w nim sprzedane karty i wysłać karty na poczcie. Zjedliśmy ramenik we WSHOKU i wróciliśmy do domu o 14:30. Byłem gotowy do grania o 2500 dolarów.

Arena Open Day Two

O 14:55 dogadałem się z kolegą Raoulem, że będziemy wspólnie draftować swoje decki. W pierwszej paczce otworzyłem Titan of Industry, który jest pewnie w Top 10 bomb formatu, ale pcha trochę w stronę jakiejś rampy i wolniejszych decków. Z najciekawszych picków w trzech paczkach na pewno był pojedynek Freelance Muscle vs Elegant Entourage. Wziąłem Muscle i oh boy, ile ten nosorożec wygrał mi gier… coś pięknego. W każdym razie drafta skończyłem w całkiem niezłym GW z malutkim splashem czerwonego po Strangle i Brazen Upstart. Raoul powiedział, że deck jest całkiem niezły, ale nie mogę spodziewać się jakiegoś super wyniku i pewnie zabraknie trochę do skończenia w kasie. Potem wydraftowaliśmy RBgu Raoula, wygraliśmy nim jedną rundkę i Raoul poszedł robić okonomiyaki na obiad. Ja z kolei zagadałem do Olafa, który pomagał mi trochę w moim drugim runie w sobotę i jednocześnie ma 15 trophy na MODO w draftach Streets of New Capenna. Olaf pomógł zrobić mi pierwsze dwa winy, w połowie trzeciego wrócił do nas Raoul.

Deck, który wydraftowałem w Day Two

We trójkę doszliśmy jakoś do 5-1. W międzyczasie dołączył do nas też Qbek, młody student matematyki z Krakowa, który udziela się w środowiskach limited od dłuższego czasu i nawet graliśmy razem jakiegoś Opena, chyba w Alchemy, a osobiście miałem przyjemność poznać go na niedawnych MPkach. Tak czy siak droga do 5-1 była dość lekka, bo w decku miałem 2x Civil Servant i 2x Backup Agent, czyli duet, który kradł większość gier. Mało przeciwników miało takie dobre starty jak ja, a jak mieli, to mieli starty IDENTYCZNE. Pierwsze cztery rundy to były mirrory, gdzie oponenci splashowali albo czerwony albo niebieski, ale zawsze bazą było WG. Titan of Industry pokazywał się z najlepszej strony, Caldaia Strongarm niemal zawsze był zagrywany z blitzem, żeby kłaść countery i kopać się po gaz lub lądy. Freelance Muscle zabijał z ziemi i z powietrza (Gilded Pinions), trzy combat triki w decku zawsze dobrze dymały i robiły tanią interakcję. Z nich na największy highlight zasługuje Luxurious Libation, która wbiła kilka lethali przeciwko oponentom, którzy po prostu nie grali naokoło.

Przy wyniku 5-1 potrzebowałem się zventować i zarządziłem dwudziestominutową przerwę, podczas której poszliśmy z Gosią na mały spacer na wrocławski biurowy mordor nieopodal naszego bloku, uprzednio kupując Łomżę jasną za 3,80 w pobliskiej Żabce. W tym momencie bardzo doceniłem to, że Arena Open można grać właśne w ten sposób. To znaczy – możesz zrobić sobie przerwę, możesz iść na spacer, możesz walnąć piwko, kawę, obiad, masaż – cokolwiek. Są bardzo duże emocje, ale ty grasz na własnych warunkach. No i przede wszystkim granie z kolegami, które nie jest zabronione w regulaminie turnieju. To jest aż nieuczciwe. Organizując się w dobry sposób, masz olbrzymią przewagę nad przeciwnikami, którzy ciągną wszystko w pojedynkę. Naprawdę, co cztery głowy, to nie jedna… bez nich bym tak daleko nie zaszedł.

Wróciliśmy ze spaceru o 20:05. Teraz najważniejsza gra – o tysiąc dolarów. Szybkie 1-0. W drugiej opp zaciął się na dwóch lądach. Dobrał trzeci w czwartej turze i zagrał Ob Nixilis, the Adversary. Mimo świetnej ręki, po prostu nie mogłem się przez niego przebić i zdziwiłem się, jak potężna jest na mnie ta karta. Niestety 1-1. W trzeciej grze bez historii. Opp znowu został w tyle z maną, ja zaprezentowałem piękne rozdanie i szybko go nastukałem. 6-1, serce bije mi już szybciej, mam zimne dłonie, tysiąc dolców gwarantowany.

Rozmiar ma znaczenie

Ósma runda była trudna. Zacząłem od 0-1 przez screw, ale w drugiej i trzeciej podjąłęm walkę, pokazując to, co mój deck potrafił najlepiej: Civil Servant w drugiej i ataki chłopem 4/4 lifelink od trzeciej tury. Przeciwnik grał UWg (UW fliers + splash zielonego), więc side’owałem na niego Broken Wings i starałem się po prostu robić mocny napór moimi stworami większymi od niego, a na removale i sztuczki odpowiadałem moimi sztuczkami. Trzecia gra poszła lekko. Opp się ścigał, ale to ja miałem Luxurious Libation, która wygrała mi kolejne 4500 złotych!

Moje nemesis

Dziewiątą rundę zacząłem już na kompletnym luzie. Mając dwa tysiące dolarów w kieszeni, dodatkowe pięćset mogło być wisienką na torcie, ale nie byłoby mi jakoś bardzo przykro, gdyby się nie udało. W pierwszej grze zrobiłem przeciwnikowi bardzo stabilny łomot, choć oponent konał na czterech landach dobre kilka tur, ale to ja pozostawałem w ciągłej dominacji na boardzie i w końcu dopiąłem swego. W drugiej grze dopadło mnie jakieś screw i choć miałem szanse się ścigać, to oponent w końcu pokazał kartę, która doprowadziła go tak daleko. Zagrał Sanctuary Warden i było po ptokach.

Siadamy do trzeciej gry. Robię giga wpierdziel oppowi. Ściągnąłem go do jakichś dwunastu punktów życia. Na stole jestem bardzo z przodu i właśnie dograłem siódmy tapnięty ląd, żeby w kolejnej zagrać Tytana. Niestety jedna karta odwróciła losy wszystkiego… Sanctuary Warden. Na szczęście turę po nim dograłem Titan of Industry jako ósmego stwora. W kolejnej turze mój tytan zaatakował, rozbijając się o tokena 1/1, przez co stracił shield counter – chociaż zbił oppa tramplem do sześciu. Na stole board stall. Opp puszcza turę, ja dobieram Caladia Strongarm, myślę, myślę, dyskujemy, zagrywam go z blitza, kładę countery na Tytanie i zaczynam kminić, czy zaatakować wszystkim, czy lepiej trochę inaczej. Leci lina. Kminię. No trudno, atak wszystkim. Na GP albo na modo ta tura trwałaby dziesięć minut, żeby wszystko przekalkulować – włącznie ze wszystkimi outami przeciwnika. Zaatakowałem dziewięcioma stworami, opp blokował siedmioma, coś mu przeżyło, zrobiliśmy dużo wymian, został mu m.in. anioł 5/5 z jednym shield counterem i jakiś niski life total. U mnie chyba zawrotne trzydzieści osiem punktów życia.

Przeciwnik dograł kolejnego Ballroom Brawlers, który pozwolił mu na przejęcie inicjatywy. Zaczynamy się ścigać. On bije mnie za 8 życia z lifelinkiem, ja jego za 10 co turę, więc w efekcie zadaję mu 2 – ale spada mi mój life total. W końcu jesteśmy w sytuacji, gdzie brakuje mi jednego dobrego drawu do wygranej, żeby to w końcu jakoś przechylić, ale nie widzę dobrych ataków i puszczam turę. W turze przeciwnika Raoul krzyczy, że missnęliśmy lethal.

Tym razem postanawiam nie missnąć. Atakuję wszystkim.

Opp zagrywa Faerie Vandal z flashem, którego prawdopodobnie dobrał dopiero teraz. Czyli chyba turę wcześniej faktycznie missnąłem lethal za $500. Feels bad. Puszczam turę.

Opp nie atakuje. Puszcza turę.

Dobieram kolejny ląd. Puszczam turę. Opp rzuca Case the Joint z końcem. Jestem w dupie.

Opp dogrywa ląd i puszcza turę.

Opp jest na pięciu. Mam lataka 2/1, lataka 3/3, Rhino które w combacie rośnie do 7/7 i stworka 2/2, który może zmienić w ataku dowolnemu stworowi basic P/T na 4/4 (Voice of the Vermin). Opp ma dwie karty na ręce. Opp ma stwora 5/5 flying, stwora 3/5 i stwora 3/5 i chyba jeszcze jakiegoś pazia. U mnie bardzo mało życia, a do tego atak wszystkim nie wchodzi w grę, bo w swingbacku opp może dostać nawet 11 hp z lifelinka.

Dobieram kartę. 2G zadaj dmg stworowi równy największemu powerowi twojego stwora w stole (Bouncer’s Beatdown). Jest plan. Atak stworami 3/3 flying, 2/1 flying i 4/4 Rhino. Rhino rośnie do 7/7, rzucamy “deal 7” w anioła 5/5 i mamy exactsies. Przed combatem mam wolne 10 mana + treasure.

Deklaruję atak latakami i Rhino. Pauza w declare attackers. Rzucam Bouncer’s Beatdown za 7 obrażeń w Anioła. Opp rzuca Make Disappear, poświęcając jakiegoś stwora. Dopłacam 4. Panika – co by było, gdyby miał jeszcze jedno?! Niektórzy nie widzą treasure na stole. Ja widzę. Spokojnie. Opp rzuca drugie Make Disappear, poświęcająć kolejnego stwora. Dopłacam 3 z lądów i 1 z treasure. Mój spell resolvuje. Przeciwnik dostaje za exactsies. Wybucha mu głowa.

8-1, wygrywam 2500 dolarów. GG, well played!

To mój pierwszy Arena Open w kasie po serii bezowocnych Day Two

PS nienawidzę tego formatu. Shield countery są głupie.
PPS wybiera się ktoś do Bolonii na Legacy Magic Showdown w limited Streets of New Capenna? 🙂

Spodobał Ci się ten wpis?

Jeśli chcesz czytać takich więcej, doceń naszą pracę i następne zakupy z ulubionej karcianki zrób w naszym sklepie. Każdy zakup to procent dla naszej redakcji, co przekłada się na rozwój serwisu. Dzięki, że jesteś!

Author avatar

Paweł Bujanowicz

Zapraszam na mój profil na twitterze, na którym publikuję zwycięskie listy z draftów na Magic: the Gathering Online: klik!